Wyrzutnia rakiet ziemia-ziemia Iskander

 

Tomasz Szulc

 

Rakiety taktyczne ziemia-ziemia w porównaniu z klasyczną artylerią zapewniają bardzo korzystną relację: zasięg- masa części bojowej, wraz z wyrzutnią mogą ważyć mniej niż działa dużego kalibru, a na dodatek są konkurencyjne cenowo.

 

Z tego właśnie powodu w wielu krajach, szczególnie w ZSRR i USA dynamicznie rozwijała się nie tylko rakietowa broń dalekiego zasięgu, ale i rakiety bliskiego zasięgu, nazywane początkowo artyleryjskimi. Ich upowszechnienie zbiegło się w czasie ze wzrostem liczby głowic atomowych w arsenałach mocarstw i ewolucją poglądów na temat możliwości ich zastosowania. Początkowo broń jądrową traktowano jako oręż strategiczny, ale już pod koniec lat 50. przewidywano szerokie zastosowanie taktycznej broni atomowej.

 

Głowice jądrowe były jednak początkowo zbyt duże, aby zmieścić je w pociskach artyleryjskich, a wojska lądowe nie chciały w całości uzależnić się od lotnictwa taktycznego, jako nosiciela broni atomowej. I znowu najbardziej odpowiednim środkiem przenoszenia okazały się rakiety niekierowane. Ich celność była wprawdzie niewielka, ale zasięg wystarczał dla przeniesienia głowic poza strefę rażenia wojsk własnych, a moc ładunków kompensowała rozrzut. W związku z tym pierwsze pokolenie rakiet taktycznych było traktowane głównie jako nosiciele broni jądrowej.

 

Rozwijano je i masowo produkowano w ZSRR i USA, ale też i we Francji, Wielkiej Brytanii, a później w Chinach. Kraje „nieatomowe” także opracowywały podobną broń, ale z zasady później i na znacznie mniejszą skalę. Od lat 60. także w USA zaczęto odchodzić od rakiet taktycznych na rzecz bardziej elastycznego lotnictwa taktycznego i niekwestionowanym potentatem w zakresie produkcji tego rodzaju broni pozostał Związek Radziecki. Od końca lat 60. standardem były tam pociski taktyczne 9M21 systemu Łuna-M, a rolę rakiet taktyczno-operacyjnych odgrywały zmodernizowane rakiety R-17 na wyrzutniach gąsienicowych, o rozrzucie (CEP) do 3 km. Później zastąpiono je udoskonalonymi pociskami o rozrzucie" tylko" 800 m odpalanymi z wyrzutni kołowych. Niezależnie od tego były to pociski pierwszego pokolenia: napędzane paliwem ciekłym, z nieoddzielającą się głowicą.

 

Rakiety obu tych typów były w Układzie Warszawskim przewidywane jako nosiciele broni masowego rażenia, ale eksportowano je wyłącznie z głowicami konwencjonalnymi i w tej właśnie konfiguracji uczestniczyły w wielu konfliktach lokalnych, wykazując zresztą niewielką skuteczność. Wyjątkiem była iracko-irańska "wojna miast", a później "Pustynna Burza". W obu przypadkach były używane głównie E/brusy, czyli popularne Scudy, a celami były obiekty powierzchniowe. Ostatni z wymienionych konfliktów zupełnie nieoczekiwanie dowiódł jeszcze jednej zalety takich wyrzutni rakiet - ich ogromnej odporności na zniszczenie, a dokładniej: trudności ich wykrycia i zniszczenia, nawet przy całkowitym panowaniu przeciwnika w powietrzu i na terenach pustynnych, prawie uniemożliwiających maskowanie. Tym samym efektywność tej broni jako nosicieli taktycznej broni jądrowej została potwierdzona.

 

Na dodatek, w odróżnieniu od pozostałych krajów, w ZSRR nie zaprzestano modernizacji rakiet bliskiego zasięgu. Ewolucja pocisków Mars do Łuny-M to wzrost zasięgu od 18 do 70 km. W kolejnych wersjach Scuda zasięg wzrósł ze 130 do 300 km. Nie zadowalało to jednak użytkowników i pod koniec lat 60. sformułowano wymagania wobec nowego pokolenia taktycznych kompleksów rakietowych wojsk. Dotyczyły one przede wszystkim zwiększenia celności rakiet, gdyż odchylenie od punktu celowania o ponad 0,5 km wymagało użycia bardzo silnych ładunków atomowych, których eksplozje nie pozostawały bez wpływu na ograniczenie działań wojsk własnych. Uznano również, że niezbędne jest zwiększenie ruchliwości wyrzutni, choć już ówcześnie używane, na bazie ZIŁa-135 i MAZa-543 miały niezłe osiągi w terenie. Nowe wymagania dotyczyły zmniejszenia masy i długości rakiet. Uznano również, że procedura przedstaowa i startowa eksploatowanych rakiet jest zbyt długa, a ilość pojazdów, towarzyszących wyrzutniom dekonspiruje ich kolumny i stanowiska. Zaplanowano całkowitą autonomię nowych wyrzutni, czyli instalację na ich pokładach aparatury topodowiązania, transmisji danych taktycznych i automatyzację procedur kontroli i przygotowania startu.

 

W połowie lat 70. na uzbrojenie wszedł następca Łuny-M, system Toczka z rakietą 9M79 o zasięgu 70 km, ale znacznie celniejszy (CEP 250 zamiast 700 m), przewożony w zamkniętym przedziale pływającego pojazdu BAZ-5921 i wyróżniający się bardzo krótką procedurą przedstartową. Opracowano go w KBM - Biurze Konstrukcyjnym Budowy Maszyn w Kołomnie pod kierunkiem S. Niepobiedimowo. Pod koniec lat 80. pojawiła się zmodernizowana Toczka-U, o zasięgu 120 km i zwiększonej celności (CEP do 50 m).

 

Następcą zaś Elbrusa stał się system Oka, także opracowany w KBM i będący w pewnym sensie rozwojem idei Toczki. Paliwo ciekłe zastąpiono stałym, rakieta 9M714 była podobna do 9M79, a nawet podobny, choć czteroosiowy, pojazd wyrzutnia. Pocisk był krótki i gruby, miał relację długości do średnicy około 8, podczas gdy R-17 - prawie trzynaście. Zasięg zwiększono do prawie 450 km, celność też była znacznie większa. Ten ostatni czynnik spowodował radykalną zmianę w koncepcji użycia rakiet. Można nimi było wreszcie trafić z dużą dokładnością nawet w cele punktowe, dzięki czemu udźwig rakiet umożliwiał zastosowanie wystarczająco skutecznych głowic konwencjonalnych: burzących i penetrujących. Do atakowania celów powierzchniowych opracowano głowice kasetowe. Zastosowanie głowic jądrowych pozwalało na zwielokrotnienie skuteczności, nawet przy użyciu ładunków o niewielkiej mocy. Inną zaletą Oki była krótka procedura przedstartowa - przygotowania trwały tylko 15 min. (dla R-17 ponad 2 h). Potem wyrzutnia mogła przemieszczać się w terenie na znaczne odległości, a bezpośrednia procedura przed odpaleniem trwała tylko 18 s!

 

Niestety, Oka padła ofiarą niekompetencji polityków, którzy, nie licząc się ze zdaniem wojskowych, zgodzili się na jej włączenie do traktatu o broni średniego zasięgu (INF), dotyczącego rakiet o zasięgu ponad 500 km, w wyniku czego zniszczono wszystkie radzieckie Oki. Do dziś ta decyzja jest uważana przez ekspertów za szczyt głupoty, ale faktów cofnąć się nie da.

 

Zaraz po zakończeniu prac nad Oką, a dokładniej w 1987 r. w KBM przystąpiono do prac nad kolejnym pociskiem taktycznym, któremu nadano kodową nazwę Iskander (muzułmański bohater). Pierwotnie miał to być pocisk o zasięgu i mocy pośredniej pomiędzy Toczką i Oką, a jego szczególnym atutem miała stać się wyjątkowa precyzja rażenia. Zamierzano to osiągnąć dzięki zastosowaniu nie tylko precyzyjnej nawigacji i korekcji trajektorii, ale i dzięki wprowadzeniu samonaprowadzaniaa na końcowym jej odcinku. W ZSRR były już doświadczenia w tym zakresie, od 1971 r. pracowano np. nad odmianą rakiety 9M79, przeznaczoną do zwalczania stacji radiolokacyjnych i węzłów łączności, zaopatrzoną w pasywną głowicę poszukującą. Toczka-U otrzymała głowicę elektrooptyczną, umożliwiającą porównanie obrazu okolicy celu z zapisanym w pamięci pocisku przed odpaleniem. Optyczną głowicę, zapewniającą możliwość samonaprowadzania lub korekcji punktu celowania przez operatora na wyrzutni, opracowano w latach 1979-85 nawet dla pocisku R-17. Oprócz tego wyraźnie wzrosła precyzja układów nawigacji bezwładnościowej, a także pojawiła się możliwość zastosowania nawigacji satelitarnej.

 

Dla pocisku nowej generacji wybrano nowy, precyzyjny i lekki układ nawigacji bezwładnościowej z laserowymi żyroskopami i możliwością korygowania jego wskazań przez GPS. Standardem stała się elektrooptyczna głowica poszukująca, pracująca w co najmniej dwóch zakresach widma (dla zwiększenia odporności na naturalne i sztuczne zakłócenia i poprawy czytelności obrazu). Może ona porównywać obserwowany obraz z wprowadzonym do pamięci pocisku obrazem celu lub służyć do jego transmitowania w czasie rzeczywistym. Koncern Fazotron oferuje też aktywną głowicę radiolokacyjną dla nowej rakiety, ważącą mniej niż 40 kg, pracującą w zakresie milimetrowym i zdolną do naprowadzania pocisku nawet na cele ruchome! Nie jest jasne, czy równocześnie zaprzestano prac nad modernizacją pechowej Oki w taki sposób, aby nie podlegała ona ograniczeniom traktatowym. W 1996 r. w prasie rosyjskiej pojawiły się oficjalne informacje o systemie Oka-U o celności zwiększonej dzięki kierowaniu rakietą na całej trajektorii i możliwości zastosowania zdalnego kierowania z wyrzutni, skuteczniejszej części bojowej, skróconej procedurze startowej i nieco mniejszym zasięgu. Jeszcze w 1997 r., kiedy wiadomo było, że próby nowego pocisku zostały już prawie zakończone (oficjalnie podano, że próba pocisku z układem naprowadzania odbyła się 25 października 1995 r.), zachodnie periodyki przedstawiały SS-X-26 jako nieznacznie zmodernizowaną Okę na pojeździe BAZ-6909 ze „zdegradowanym aerodynamicznie” pociskiem, co miało ograniczyć jego zasięg.

 

Tymczasem jeszcze w 1993 r. Rosja poinformowała oficjalnie o pracach nad nowym systemem rakietowym o zasięgu 185 km, oryginalnym z racji zastosowania dwuprowadnicowej wyrzutni. Co ciekawe, na Zachodzie o takiej konstrukcji wspominano jeszcze pod koniec lat 80. kojarząc ją jednak z modernizacją Toczki. Być może chodziło o błędną interpretację przeznaczenia pojazdu transportowo-załadowczego BAZ-5922, który mieści rzeczywiście dwie rakiety, ale nie może ich odpalać. Nie jest jednak wykluczone, że już wtedy miały miejsce „przecieki” o najnowszych pracach KBM.

 

Zastosowanie dwuprowadnicowej wyrzutni mogło mieć różne przyczyny. Zapewne najmniej ważną była możliwość dokonania powtórnego uderzenia na ten sam cel z minimalnym interwałem czasowym - można to zrobić używając dwóch typowych, oddalonych od siebie wyrzutni. Bardziej znaczące mogło być dążenie do obniżenia kosztów: dla odpalenia dwóch rakiet potrzeba jednego układu topodowiązania, jednej aparatury programującej, transmitującej dane itp. oraz jednego nośnika, którego cena jest niebagatelna. Kolejną przyczyną może być dążenie do unifikacji pojazdów bazowych, gdyż radziecki zwyczaj opracowywania dla większości systemów uzbrojenia specjalizowanych nośników bardzo podrażał produkcję i komplikował eksploatację. Nie bez znaczenia jest i kwestia maskowania: grupa, licząca kilka typowych pojazdów, mniej rzuca się w oczy na zapleczu frontu niż np. potężna kolumna, towarzysząca charakterystycznym i rozróżnialnym nawet z kosmosu Elbrusom.

 

Skoro jednak udało się skonstruować rakiety na tyle małe, że przy wymaganym zasięgu standardowy pojazd może przewozić je parami wraz z wyrzutniami, zabezpieczeniami itd, to nic zapewne nie stoi na przeszkodzie zbudowaniu w niedalekiej przyszłości "lekkiej" wersji z wyrzutnią pojedynczą. Oficjalnie mówi się o możliwości instalowania Iskandera na pojazdach, wybranych przez ewentualnego kontrahenta obcego oraz o adaptacji wyposażenia do jego norm. Być może również próby poligonowe rakiety odbywały się z wykorzystaniem jednoprowadnicowej wyrzutni zmodernizowanego nośnika Oki.

 

Gdy prace nad kompleksem dobiegły końca, a armia rosyjska nie była w stanie sfinansować zakupów choćby minimalnej ilości systemów, uzasadniającej podjęcie produkcji seryjnej, postanowiono nową konstrukcję odtajnić i przeznaczyć na eksport pod nazwą Iskander-E. „Premierę” przewidziano na IDEX-99, ale w ostatniej chwili zrezygnowano z prezentowania tam jakichkolwiek szczegółowych informacji. Później pokaz zapowiedziano na MAKS'99. Na wystawę przywieziono naturalnej wielkości makietę rakiety i model wyrzutni, wydrukowano prospekty, a główny konstruktor systemu O. Mamałyga miał opowiedzieć o szczegółach na konferencji prasowej. Okazało się jednak, że nie wszyscy są zadowoleni z tej prezentacji - zakulisowe działania doprowadziły do sytuacji paradoksalnej: makietę rakiety, owiniętą od początku szczelnie brezentem, wywieziono z wystawy zaraz po jej otwarciu, briefing nie odbył się, a prospekty okazały się niedostępne. Nie zdjęto na szczęście plansz informacyjnych i nie utajniono modelu wyrzutni, co umożliwiło wyjaśnienie niektórych niejasności.

 

Iskander-E ma zasięg od 50 do 280 km, a więc nie narusza międzynarodowej umowy o nie rozprzestrzenianiu technologii rakietowych o zasięgu ponad 300 km (MTCR). Wersja eksportowa ma mieć, podobnie jak pocisk dla armii rosyjskiej, nadzwyczaj wysoką celność, może odpalić obie rakiety z interwałem poniżej 1 min. na ten sam cel lub na różne obiekty w zakresie kątowym ± 60° bez przemieszczania wyrzutni.

 

Same pociski wydają się na pierwszy rzut oka proporcjami przypominają Toczki i Oki, na ujawnionych zdjęciach nie widać detali elektrooptycznego układu w przedzie pocisku, co nie znaczy jednak, że nie ma w ich konstrukcji rozwiązań interesujących. Zrezygnowano np. z zastosowania kratownicowych stabilizatorów aerodynamicznych, typowych dla większości nowoczesnych rakiet balistycznych ZSRR. Zastąpiono je szczątkowymi, trójkątnymi stabilizatorami, które mają powierzchnię stanowczo za małą dla rakiety tych rozmiarów. Przyczyna jest oczywista: dla stabilizacji i kierowania pociskiem użyto systemu gazodynamicznego w postaci czterech ruchomych deflektorów u wylotu dyszy silnika. Oznacza to możliwość korygowania trajektorii podczas pracy tego ostatniego, a rakieta ma być podobno kierowana na całej trajektorii. Może to oznaczać istnienie, niewidocznych na zdjęciach, silniczków korekcyjnych. Szacunkowo rozmiary pocisku można określić na ok. 7,2 m długości i 0,9 m średnicy (wydłużenie tylko ok. 7,8!), masę na 3,8 t, z czego 480 kg stanowi część bojowa. Może nią być albo głowica penetrująca, przeznaczona do niszczenia umocnionych celów, albo głowica odłamkowo-burząca, albo jedna z kilku typów głowic kasetowych do niszczenia celów powierzchniowych. Wysoka celność rakiety powoduje, że skuteczność rażenia każdym z typów ładunków jest bardzo duża. Rakieta może przenosić także głowice jądrowe różnej mocy. Podobnie zasięg rakiet nie musi być ograniczony w wersji dla własnej armii. Jest prawdopodobne, że wynosi on nawet ok. 400 km. Rakiety są magazynowane i poddawane okresowym kontrolom w hermetycznych kontenerach.

 

Wyrzutnię dla rakiet opracowano w CKB 11tan w Wołgogradzie. Ma ona postać kontenera z dwuczęściową pokrywą górną i takąż otwieranąosłoną tylną. Podczas transportu rakiety są całkowicie niewidoczne i zabezpieczone przed czynnikami atmosferycznymi oraz drobnymi uszkodzeniami mechanicznymi. Do ich odpalania służą krótkie prowadnice, o długości ok. 3 m. W kontenerze znalazła się aparatura diagnostyczna, łącza danych, układy nawigacyjne, łącznie z GPS, oraz dodatkowe wyposażenie.

 

Wyrzutnię zainstalowano na 4-osiowym podwoziu MZKT - 7930, opracowanym i przygotowanym do produkcji w Mińsku pod kodową nazwą Astrolog. Waży ono ok. 21 t, jest napędzane silnikiem JaMZ 846 o mocy 370 kW. Jego maksymalna ładowność wynosi 24 t, ale w przypadku Iskandera nie została w pełni wykorzystana, gdyż wyrzutnia wraz z rakietami waży40t. Jej gabaryty: długość 12,67 m, wysokość 3,02 m umożliwiają transport kolejowy i lotniczy.

 

Na takim samym nośniku została skonstruowana TZM, czyli pojazd transportowo-załadowczy, przewożący dwie rakiety i zaopatrzony w składany dźwig. Długość TZM jest o ok. 1,3 m większa, przy zachowaniu zbliżonej masy.

 

Oprócz tego w skład dywizjonu, liczącego co najmniej 3 wyrzutnie, wchodzą: wóz dowodzenia, obsługi technicznej rakiet i wyrzutni, samobieżna stacja diagnostyczno-remontowa dla środków łączności i automatyzacji dowodzenia, oraz, ewentualnie, dodatkowy pojazd z aparaturą przetwarzania danych (potrzebny, gdy stosowane są różne systemy przekazywania informacji i konieczne jest ich transformowanie i komutacja) i wóz socjalny dla obsługi. Wszystkie klimatyzowane kontenery specjalistyczne zamontowano na 3-osiowych, terenowych KamAZach. Unifikacja została posunięta jeszcze dalej - wozy dowodzenia dywizjonu i brygady są identyczne.

 

Niewiele wiadomo na temat szczególnych cech eksploatacyjnych i użytkowych Iskandera. Wiadomo, że czas od zatrzymania kolumny do odpalenia rakiet nie przekracza 16 min., a odpalenie z „gotowości nr 1” (wyrzutnia na stanowisku, wsparta na czterech pomocniczych, talerzowych podporach) może nastąpić w czasie poniżej 4 min. , potrzebnym na zaprogramowanie pocisków i testy aparatury. Można sądzić, że istnieje co najmniej kilka wariantów naprowadza: w całości programowy, z wykorzystaniem układu bezwładnościowego i GPS - dla celów o znanym położeniu, nie wyróżniających się w terenie, programowy z optycznym samonaprowadzaniem na końcowym odcinku trajektorii - dla celów o znanym położeniu, wyróżniających się w terenie (budynki, zgrupowania pojazdów), programowy z naprowadzaniem na końcowym odcinku przez operatora z wyrzutni w przypadku celów, których lokalizacja jest znana w przybliżeniu (np. ruchomych).

 

Należy sądzić, że coraz powszechniejsze prace nad taktycznymi systemami przeciwrakietowymi skłoniły konstruktorów Iskandera do zastosowania technik unikania wykrycia i zestrzelania. Mogą to być przeciwradiolokacyjne pokrycia na kadłubie pocisku, celowo zwichrowana trajektoria, rażenie celów po bardzo stromym opadaniu (już w przypadku Oki apogeum trajektorii mogło wynosić ponad 120 km). Nie są to jednak informacje, którymi chętnie dzielą się twórcy kompleksu, gdyż stanowią o jego skuteczności na przyszłym polu walki.